Jeśli śledzicie moje relacje, to pewnie już wiecie, że w sobotę brałam udział w cudownym wydarzeniu charytatywnym, organizowanym przez Fundacja onkologiczna La vie La vie. Ciągle odkrywam nowe zdjęcia, czytam słowa o wzruszeniu tylu osób i promienieję radością, że wszystko wyszło tak świetnie.

W dzisiejszym poście chciałabym Wam jednak napisać o bardzo ważnej dla mnie osobiście sprawie związanej z sobotnim pokazem.
Tej sprawy nie zobaczycie w telewizji, nie uchwyciły jej kamery ani nie obsypało złote konfetti.

To było kilka tygodni wcześniej, kiedy pierwszy raz pojechałam do pracowni Kamila Hali, by zdecydować, w jakiej kreacji pójdę podczas pokazu.
Kamil zapytał mnie, w czym bym się widziała.
Powiedziałam mu bez wahania, że w kwestiach estetyki i dopasowania sukienki do mnie, zdaję się całkowicie na jego profesjonalizm
, jedynie prosiłabym go uwzględnienie „technicznych ograniczeń”.



…I zaczęłam mu mówić, że jestem po mastektomii bez rekonstrukcji, że mam usunięte wszystkie węzły pachowe, więc w grę nie wchodzi nic z dekoltem, wycięciem na plecach czy pod pachami – bo wiadomo – deformacja ciała, zabudowany specjalistyczny biustonosz, asymetria, widoczna proteza, itd.
Kamil posłuchał, spojrzał na mnie i przyniósł mi koronkowy, mocno prześwitujący, czarny top z głębokim dekoltem.

Wtedy zaczęłam się z tego śmiać, teraz myślę o tym z wielkim wzruszeniem. 

Bo to był gest, który pomógł przełamać mi wszystkie opory i strachy. Ten koronkowy skrawek materiału stał się dla mnie symbolem tego, że ograniczenia to tylko jakiś twór w głowie, który z rzeczywistością ma niewiele wspólnego.
Na pokazie szłam uśmiechnięta z wysoko podniesioną głową. I choć ostatecznie na ramionach miałam narzuconą bajeczną kurtkę, to idąc po wybiegu, kilkukrotnie zsunęłam ją, prezentując koronki i dekolt.





Za to, że mogłam pójść w spódniczce tenisowej też. 



Jeśli macie swoje opowieści o Dobrych Ludziach, którzy zrobili dla Was ważne symboliczne gesty – dajcie znać w komentarzach pod dzisiejszym postem na blogu na FB.
